Nie idę na wybory. Niestety – tradycyjnie.
Jest to decyzja świadoma i nieodwołalna.
No, może niezupełnie dokładnie – nie idę. Ale na jedno wyjdzie.
Nawet, jeżeli chodzę, to zostawiam karteluszki,  nie nadające się do stwierdzenia, który pieszczoch naszych czasów ma u mnie fory.

Bo nie ma żaden.

I nie wynika to nawet z faktu, że ograniczeni, nie. Cześć z potencjalnych kandydatów nawet by się intelektualnie łapała na ryzyko posłania ich między ludzi. Intelektualnie sprawiają wrażenie sprawnych. Jeżeli pominąć sens zdań wypowiadanych a pozostać jedynie przy zasobie słów czy umiejętności układania zdań nadrzędnych i podrzędnych – nie jest źle.
Cóż jednak z tego, skoro treści, które wypluwają z siebie są (delikatnie mówiąc) zbliżone do klimatu magistrackiego sracza. Nawet, jeżeli inteligentny, to jednak skundlony generalną linią obowiązującą w danej zbieraninie, połączonej jedną nazwą partyjną.

Inna grupa to ci, którzy może i mają pewne pomysły, kompatybilne z Europą XXI wieku.

Cóż z tego jednak, skoro jedyny język jaki cząstkowo pamiętają z siermiężnych czasów szkoły to (mniej-więcej) polski i ( jeszcze mniej niż więcej) radziecki. Piszę „radziecki”, bo rosyjski to jednak do końca nie był. Rosyjskim posługiwał się Tołstoj czy Lermontow.
Z taką plażą lingwistyczną, to można jedynie lody sprzedawać, w Sopocie lub innym Baden-Baden. Tam nowo-Ruskich moc.

Kolejna grupa nieszczęśników to ludzie pokarani przez los, pewnymi niedostatkami emocjonalnymi oraz widzeniem świata przez dziurkę od klucza. Można być antyeuropejskim (to wybór, który rozumiem), ale pchanie się do Europy z tego typu schorzeniem cywilizacyjnym jest tak bezsensowne i głupie, że nawet szkoda czasu na tłumaczenie. Chyba, że chodzi jedynie o kasę.
Wtedy rozumiem, chociaż (oczywiście) nie pochwalam.

Są w śród kandydatów również osoby, które (moim zdaniem) nadają się jedynie do roli szkodników notorycznych. Zarówno w Europie jak i w naszym kochanym grajdołku. Wysłanie ich gdziekolwiek indziej, niż do szpitala dla czubków, to jedynie słabość (kolejna) naszego systemu lecznictwa. W kabarecie mieliby bite komplety. W polityce mają (niestety) też dość sporą publikę i klakę. Co może jedynie świadczyć o poziomie świadomości Stada, obok którego mam dość problematyczną przyjemność siedzieć.

I tak…

Jak już nie matoł to analfabeta lingwistyczny.
Jak już wykształcony to na partyjnej smyczy.
Jak już wykształcony i w miarę niezależny to pieniacz z dysleksją umysłową.
Większość – wszystkiego po trochu z tego, co powyżej i po prawej.
Plus obietnice bez pokrycia. Finansowego i zdroworozsądkowego.

Pewnie jest również nieliczna część polityków, którzy dali by radę jakoś reprezentować mnie w Parlamencie UE.
Ale ci, raczej nie mają siły przebicia.
Ani w partii ani w Stadzie.
Mówią prawdę.
A takich nikt nie lubi.

My lubimy być oszukiwani.
Taka to właściwość Stada, do którego się nie piszę.