(wpis, poniekąd antykoncepcyjny)

No, i minie kolejny weekend.

Dla niektórych pod hasłem Sex, Drugs & Rock’n’Roll.
Dla innych w atmosferze bardziej romantycznej i przyjaznej dla środowiska.

Tym niemniej, bez względu na okoliczności – pewnie było fajnie.
Tańce, hulanki, swawola…
Po alkoholu, to idzie jakoś wszystko lepiej. Seks jakiś taki bardziej swojski i urozmaicony, coś powąchać lub zajarać łatwiej a i zatańczyć można w zasadzie wszystko. Nawet hejnał z Wieży Mariackiej.

A wypijecie statystycznie…
Dużo, co?

A teraz z niepokojem będziemy czekać na efekty…

Za kilka lub kilkanaście dni, cześć z Pań zacznie nerwowo obracać w palcach czerwony flamaster – nad kalendarzykiem. Zacznie się Polski Totalizator Seksualny.
Trafiona czy nie.
Ojciec Dyrektor już zaczyna zacierać kosmate łapki. Przybędzie kaski.
Trochę się pożeni na szybko, trochę ochrzci i… jakoś na benzynkę do Maybacha będzie.

Znajoma kioskarka ze zdziwieniem spostrzeże, że podpaski i tampony jakoś mniej idą…

Nawiasem:

Moja znajoma pojechała kiedyś do byłego ZSRR – do miasta Lwowa.
Autokarem.
Nie byłoby to znowu aż tak tragiczne, gdyby nie to, że akurat nadchodziły te dni, kiedy to (według TV) kobieta zaczyna się brudzić na niebiesko. To chyba taka wersja arystokratyczna – błękitna krew i te klimaty.
Znajoma w pięknym mieście Lwowie została zaatakowana comiesięcznym błogosławieństwem kobiet. Nabyła w ichniej drogerii stosowne wyposażenie – tampony, bo nic innego tam nie było. Zamontowała to sobie pracowicie i wsiadła do autokaru, wracającego do Ojczyzny.

Ja miałem przyjemność odbierać ją z tego autokaru i zawozić do domu.
Tu trzeba dodać, że moja znajoma była budowy, tak „na jeden palec”, co jest dość istotne w tej historii.
Młoda jeszcze i nie rozkalibrowana taka.
Po dość szybkim powitaniu, pierwsze co – poleciała do kibelka. Rozumiałem, że po kilku godzinach w autokarze poszła się wysiusiać.
Źle zrozumiałem.
Po powrocie w ustach mojej znajomej, po raz pierwszy usłyszałem takie słowa jak „kurwa”, „ja pierdolę” i całą gamę z tego zakresu.
Zaznaczam, że osóbka ta nie używa normalnie podobnych sformułowań.
Wykrzyczała je w stanie niezwykłego wzburzenia. Nalegałem na wyjaśnienie. Jedyną odpowiedzią było wręczenie mi jednego tamponu z zaprzyjaźnionego kraju, z poleceniem żebym go wsadził na 30 minut do miski z wodą.
Po powrocie zrobiłem sugerowane doświadczenie.

No i… wyjaśnił się nienajlepszy humor panienki.
Po pół godziny, tampon spuchł do objętości szklanki.
Dodatkową atrakcją była jego twardość po napuchnięciu. Taka mniej więcej jak korek od wina. Serio !!!
Sądzę, że gdybym coś takiego zamontował sobie w tyłek, to potrzeba by prac górniczych do usunięcia tego gadżetu…

Koniec nawiasu.

Tak, więc wracając do zasadniczego wątku.
Bawcie się Kochani, bawcie. Ja jestem za.
My – stare pierdoły – czekamy na tych, którzy pracować będą na nasze emerytury. W dobie, kiedy przyrost naturalny spada i młodzi uciekają za granicę, każdy wasz „strzał w dziesiątkę” jest błogosławieństwem dla mojego pokolenia. Będzie Was więcej, to i nam  (kiedyś) zemerytowanym będzie łatwiej i dostatniej, siedzieć na ławeczce w parku i ślinić się na widok młodych, ładnych dupeczek.

Zapożyczając ze słownictwa mundialowego:

Życzę wielu udanych „dośrodkowań”!

POWODZENIA!