Szczerość jest, u mnie, sprawą dość skomplikowaną. Nie ze względu na to, iż jestem kłamcą. Chodzi o sprawę bardziej delikatną i złożoną, niż można by się spodziewać. Bowiem szczerość bardzo mocno opiera się o coś, co nazywa się obraz własny. I to dwojaki. Ten, który maluję dla samego siebie i drugi – dla innych.
Każdy z nas (a ja na pewno) jest kreatorem swojego wizerunku. Dobrze jest wtedy, gdy ten wizerunek oparty jest na faktach i zjawiskach obiektywnych. Znacznie gorzej, jeżeli jest jedynie (lub po dużej części) hybrydą stworzoną z faktów i własnych implantów, nie mających oparcia w rzeczywistości.
Dużą rolę w dodawaniu sobie tych wirtualnych kawałków własnego obrazu mają takie właściwości osobowe i emocje, jak ego, obawa, brak pokory czy kompleksy.
Znam to z własnego doświadczenia. Przez wiele lat – prowadząc interesy – uważałem, że ludzie powinni mnie widzieć tak, jak ja sobie wyobrażałem biznesmena. Stąd, mało kto wiedział jaki jestem, kim jestem i jakie jest moje prawdziwe JA. Trenowałem to tak pilnie i długo, że doszło do tego, iż nawet w sytuacjach nie wymagających takich zachowań, i tak grałem dalej. Przyzwyczajenie, wynikające z nawyku.
A przecież interesy to tylko jeden kawałek mojego życia.
Były (i nadal są) przecież jeszcze inne. Towarzystwo, rodzina, społeczność innych alkoholików czy wiele aspektów mniej wyodrębnionych, bo zazębiających się ze sobą.
Po pewnym czasie, ciężko jest obnażyć się przed innymi. Pokazać swoje słabości, ciemniejsze strony i niedoskonałości. Pomnik, który budowało się przez wiele lat jest bardzo twardy. Ciężko go skruszyć i tylko bardzo ważny powód jest w stanie spowodować chęć rozbicia go i pokazania siebie takim, jakim się jest w rzeczywistości. Oprócz chęci, wynikającej z różnych pobudek (dla mnie jest to trzeźwienie), musi być jeszcze grono ludzi, którym mogę to pokazać. A o to jest bardzo ciężko. Przecież to trochę tak, jakby pokazać się publicznie nago. Przynajmniej ja to tak odczuwam.
Tym niemniej – chyba nie mam wyboru…
Powyższe działanie może posłużyć do czegoś znacznie cięższego mentalnie. Przynajmniej dla mnie. Ponieważ znacznie trudniej jest zburzyć ten posąg, zbudowany przed samym sobą Czy raczej – dla samego siebie. Tak, tak…
Powiedzieć innym ludziom o sobie takim, jakim się jest, to jedynie sprawa techniczna. Pozbycie się (lub raczej przełamanie) obaw, wstydu czy własnej pychy. Gorzej wygląda sprawa zaakceptowania się takim jakim się jest. Z całym swoim wnętrzem, zawirowaniami czy niedoskonałościami. Każdy (a ja z pewnością) widzi się w atrakcyjniejszym, lepszym czy szlachetniejszym niż by na to wskazywały wartości obiektywne. I to jest naturalne. Dla większości ludzi.
Jednak trzeźwiejący alkoholik ma pewną pracę przed sobą – naprawę samego siebie.
A żeby móc, w ogóle, zacząć ten proces, potrzebna jest analiza samego siebie i ujrzenie się w zwyczajnych a nie różowych okularach.
I do tego potrzeba wiele odwagi. Chciałbym, aby mi jej wystarczyło…