No, i stało się…
Po latach marzeń, przemyśliwań i mierzenia sił na zamiary, postanowiłem (latem 2018) po raz pierwszy wybrać  się na płukanie złota. Pewnie niektórzy popukają się w głowę, czytając ten tekst. No, i fajnie – niech się pukają. I tak pojadę!

Pojadę w Sudety.
Sudety (między innymi) są miejscem, w którym złoto występuje w różnych postaciach; drobinki wypłukiwane z piachu strumieni i rzeczek oraz (przy dużym szczęściu) w większych drobinach – włącznie z samorodkami. Ta ostatnia wersja jest jednak bardzo rzadka, tak więc nie spodziewam się jakiegoś spektakularnego sukcesu w postaci samorodka wielkości pięści.

Tym niemniej, przy sporej dozie samozaparcia i dyscypliny – coś przywiozę.
Pewnie będzie to „złoty piasek”, którego można się spodziewać najczęściej. Niech będzie – aby dużo. Ach ta chytrość…

Mój nowy znajomy (poznaliśmy się przez Internet) płucze złoto już kilkanaście lat. O tyle z sukcesem, że chce mu się (co roku) jechać na trzy miesiące. I są to trzy miesiące dość ciężkiej (chociaż podobno wdzięcznej) pracy. Nie pytałem go o to, ile wypłukuje przez te trzy miesiące, ale między wierszami wynika na to, że jest nieźle.

W ramach powiedzenia, że złota starczy dla wszystkich, podał mi nawet miejsca, w których on płucze złoto!

Jest to rzeczka (w Sudetach) z kilkoma dopływami (strumieniami), która nie jest taka uczęszczana przez płuczących złoto i nie trzeba się dupami zabijać jak to ma miejsce w okolicach Złotoryi czy Złotego Stoku. Podobno spokój, cisza, krystaliczne powietrze – jako wartość dodana do płukania.

Oczywiście, całe to przedsięwzięcie to dość spora akcja logistyczno-techniczna.
Oprócz spraw związanych z zapleczem socjalnym, ważną sprawą jest sprzęt, o którym napiszę w następnym odcinku.
Mam na to dość czasu, więc (bez specjalnej spiny) spokojnie to sobie poukładam.

cdn…