Przejdź do treści

Doroczna pokuta.

  • przez

Wierni KK (kościoła katolickiego) mają pokutę rozłożoną według częstotliwości donoszenia na samego siebie w specjalnej budce do tego służącej. Im częściej chodzą, tym mają mniej grzechów do ujawnienia, to i pokuta lżejsza. Przeważnie są to jakieś twórczości ludowe, rymowane (lepiej lub gorzej), które trzeba wyrecytować – czasami wielokrotnie. Ponoć to załatwia sprawę i szpachluje wszelkie sprzeniewierzenia przeciw bogu, ludziom i sobie.
No, przyznacie, że dość to wygodne.

Trochę inaczej jest u mnie.
Mój dobry pan bóg, lub jakiś zastępujący go p.o. (pełniący obowiązki, bo okres urlopowy) funduje mi coroczną pokutę, bez względu na to czy się komuś przypucuję z niedostatków mojego charakteru, czy też pozostawię to w (pozornej?) tajemnicy. Pokuta jest cykliczna i (szczerze mówiąc) dość uzasadniona. Dzieje się tak bo prawdopodobnie, w naszym (moim i boga lub p.o.) przypadku, faktycznie istnieje uzasadnienie twierdzenia, że on wie wszystko. Być może system Pegasus ma szersze zastosowanie niż się to Żydom (jako twórcom) wydaje. Oznaczałoby to, że w moim niebie, w przeciwieństwie do zacofanego technologicznie, nieba rodem z KK, sprawy posuwają się zgodnie z (nomen omen) duchem czasu.
XXI wiek zobowiązuje!

Ale wracając do meritum mojej martyrologii.
Ja jestem doświadczany znacznie boleśniej od przykruchtowych.
Teraz będzie bardziej skomplikowanie…

Mój bóg, corocznie, podszeptuje moim młodszym dzieciom, żeby wyjechały sobie na wakacje, na całe trzy tygodnie. Dodatkowo, zdecydowanie sprzeciwia się temu, żeby dzieci brały ze sobą kota. Obecny kot dzieci jest rudy i ma na imię Rysiek. Naturalną koleją spraw, moja Wierna (…) Małżonka, jako osoba najmniej obdarzona asertywnością, zostaje zaprogramowana do opieki nad Ryśkiem, żeby mu się psychika (czy co tam koty mają) nie pomarszczyła. Opieka wiąże się z wyjazdem na włości naszych dzieci, bo my też mamy kota Aleksandra i czasowe adoptowanie nie wchodzi w grę. Jak wiadomo, usadzić dwa dorosłe, kocie samce alfa pod jednym dachem…

Ci bardziej inteligentni (tłumu nie ma) już pewnie się domyślili, że na te trzy tygodnie, zostaję sam w chałupie.
No, razem z kotem i rybkami – żebym się nie nudził.

Część rozterek i problemów już kiedyś opisałem:
TUTAJ oraz TUTAJ.

Jak znam płodność parszywego życia, będą pewnie kolejne, bo pokuta (nowatorskie pomysły mojego boga) musi być dotkliwa i urozmaicona, żebym nie popadł w komfortową stabilizację osoby ustawicznie maltretowanej przez siłę wyższą.

Na fotce, pod wpisem, pokazałem jasno, jak bardzo ważny jestem w życiu rodzinnym.
Nie brakuje wam czegoś?

Jakiegoś:
– odżywiaj się dobrze,
– dbaj o siebie,
– kup sobie coś fajnego na osłodę,
– soli nie ma, pożycz u tej małolatki z piątego piętra,
– sprzątać nie musisz, wrócę to sprzątnę.

Szkoda gadać.
Jak widać, od zeszłego roku nic się nie zmieniło. W ważności spraw, na pierwszym miejscu jest kot Aleksander, następnie roślinność. Potem jest odstęp głęboki jak Rów Mariański i gdzieś tam (drobnym maczkiem) jestem ja.
Albo tak optymistycznie mi się wydaje.

P.S.
W kibelku wisi (na ścianie) transparent: KUWETA!

P.P.S.
Niech was nie zmyli ten zygzak pod rozkazami.
Ona chyba tak się podpisuje, bo zawsze (we wszystkich korespondencjach) stawia to na końcu.

Udostępnij wpis innym: