NAJPIERWSZA (I NAJWIĘKSZA) MOJA TRAUMA

Człowiek żyje już trochę lat. Nie wiedzieć, kiedy zleciało – nawet kilka dziesięcioleci. Różne to były lata. Te lepsze, te żadne i te złe.

Biorąc pod uwagę, że jestem z pokolenia doświadczalnego, przeżyłem też wiele chwil, które już na stałe zapisały mi się w (młodszej lub starszej) psychice. Oczywiście, łatwiej zapisują się te w psychice młodszej, bo ta starsza, ubrana w doświadczenie, nie jest taka plastyczna i bezbronna.

Chciałbym tu nawiązać do tego okresu, w którym moja psychika była zupełnie bezbronna i cały świat wokół, czyhał na to, aby rozpocząć, we mnie, proces destabilizacji psychicznej, a co za tym idzie, stworzenia osobnika, którym obecnie jestem.

Zaczęło się (w pewnym sensie) biblijnie, bo to kobieta (a właściwie jej zawiązki) spowodowała pierwsze spustoszenie w moim umyśle. Dodatkowo, w emocjach, uczuciach wyższych oraz ocenie świata.

Wbrew pozorom, nie była to ruda dziewczyna z kalendarza, którą to powiesił Ojciec, w kuchni, na ścianie.
W sensie: powiesił kalendarz z jej popiersiem.

Owszem, ruda była pierwszą kobietą, do której zacząłem wzdychać platonicznie, ale traumy z tego powodu nie miałem, a jedynie pewien imperatyw gapienia się na nią – czasami dość długo i intensywnie. Jako (wtedy) 5-6 latek, nie miałem pojęcia, co ze mną jest i ruda (mimo, że piękna) budziła we mnie dość skomplikowane odczucia. Od uwielbienia do (a jednak) pewnej złości, że jest tylko papierowa i, w związku z tym, w pewnym sensie nieżywa.

Oczywiście, w tym wieku to (nawet ja!) jeszcze nie wiedziałem, że ruda jest jakoś zbudowana i dodatkowe (oczywiście) niewyeksponowane kawałki, dane jej z dobrodziejstwem inwentarza, posiada. No, powiedzmy sobie szczerze – piękny materiał do uczucia czystego i nieskalanego jakąś cielesnością.

Tym niemniej, moja najpierwsza (i największa) trauma nie miała w sobie zawartości uczuć wyższych. Ba, mimo, że była powiązana z płcią przeciwną, nijak nie miała się do tego, o co można by mnie posądzać – w sensie duchowym czy erotycznym.

Miałem wtedy (może) ze siedem lat. Czasy to były bardziej siermiężne i nie było komputerów czy innych środków rozprzestrzeniających różne informacje.
W tym, te zakazane!

Gazet opiewały sukcesy na niwie budowania socjalizmu, w radio leciał Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze” na przemian z zespołem „Śląsk”. Przeplatane to było ulubionymi solistami niejakiego sekretarza Gomułki i innych prominentów PRL.

Jednym słowem (chciałem tu napisać „chujnia”, ale „chujnia” powstała znacznie później) nudy, siermięga i, calutki czas, „wieś tańczy i śpiewa”. Taka to była estetyka kształcenia mas robotników i chłopów. Inteligencja (pracująca!) musiała sobie zapewniać rozrywki sama. Ale niezbyt nachalnie. Tak, żeby nie kłuć, swoimi wydziwami, reszty (zdrowszego jednak, ideologicznie) społeczeństwa.

Alicja M. – zwana przez rodzinę (i całe podwórko) Luśką, jako sprawczyni pierwszej i największej traumy mojego życia, jak się domyślacie, musiała w jakiś sposób odchylić się od tej, otaczającej i dusznej, powszechności.

A, owszem – odstawała.
Na moje ówczesne postrzeganie świata, dość ekscentrycznie.
Luśka pokazywała!

Tu, muszę wkręcić pewną dygresję.
W wieku, w którym naówczas byłem, fakt powyższy nie wiązał się z żadnymi przejawami seksu. Do seksu to mi było jeszcze dość daleko. A w każdym razie do tego, żeby cokolwiek z tego wynikało. Biernie lub czynnie.
Koniec dygresji.

Owoc zakazany!
To była podstawa pewnego zainteresowania tematyką luśkowej kanalizacji – bo jedynie w tych kategoriach brałem ten kawałek pod uwagę.

Jak wiadomo, owoc zakazany – od niemal pieluchowej młodości, do później starości – jest motorem czynów dziwnych i popychaczem w te rejony, za które się później wstydzimy. Lub przeciwnie – jesteśmy z nich dumni. W zależności od tego czy akurat się spowiadamy księdzu w konfesjonale, czy gadamy z kolegami, przy wódce.

No, dość, że pewnego razu, za blokiem, za ławką obrośniętą krzaczorami – Luśka pokazała również mi.
Powiem szczerze.

Od tej chwili, przez dość długi czas, nie byłem już taki sam.

BIEDNA LUŚKA nie miała siusiaka!!!

Oczywiste kalectwo mojej koleżanki wspólnych zabaw podwórkowych, wstrząsnęło mną tak dogłębnie, że świat zamarł.
A ja razem z nim.

Byłem w tak kiepskim stanie psychicznym, że ani w danej chwili, ani nigdy później, nawet nie miałem siły (odwagi?) spytać jej o tragedię, która spowodowała, że jej…
Nie wiem:
Odpadł?
Urwało jej?
Urodziła się z tym potwornym kalectwem?

Najpierwsza moja trauma stała się faktem i nigdy już nic nie tak nie dobiło mnie psychicznie. Luśka (a dokładnie, jej kanalizacja) stała się dla mnie symbolem krzywd wszelakich, niesprawiedliwości i poniżenia godności ludzkiej.

Od tej pory, zawsze dzieliłem się z Luśką, a to ciastkiem, a to lizakiem, a to innymi słodyczami. Z litości. Żeby chociaż w ten sposób osłodzić jej życie inwalidy. I zawsze, jakieś kleszcze ściskały mi młode serce.
No, bo kiedyś miało się serce.

Musiało minąć trochę lat, zanim zorientowałem się, że cały damski miot jest podobnie kaleki i wybrakowany. Z tym, że wtedy już posiadałem niejaką wiedzę o tym, że nawet z tak fatalnej sytuacji, można wyciągnąć pewne korzyści towarzyskie.