No, wrzód mi się, na szyi, z tyłu, zrobił.
Trochę bolało, trochę przeszkadzało, ale jakoś to znosiłem.
Miarka się przebrała, jak mi szyję już tak usztywniło, że nie mogłem się oglądać za młodymi dupami.

Co to, to nie!

Mimo parszywego wieku, jakieś przyjemności seksualne, to ja też muszę mieć. A ta (ostatnia, jaka mi pozostała) nie wymaga specjalnego wysiłku czy zaangażowania emocjonalnego, więc nawet taki staruch z atrofią uczuć wyższych, może sobie (optycznie) poużywać.

Po konsultacji z moją Wierną (…) Małżonką, która skończyła Liceum Pielęgniarskie (co się jeszcze może przydać, jak już zostanę rośliną), pojechaliśmy do szpitala.
Do chirurga – konkretnie.

Ilona Donder (wzmiankowana wcześnie, Małżonka) pojechała razem ze mną, po to, żebym, w ogóle trafił do tego szpitala, a potem do domu. Moja nawigacja komunikacyjna, po stolicy, jest dość uboga i nawet metrem (tu przepraszam tych, spoza stolicy, za używanie słów niejasnych) potrafię zabłądzić.
Dodatkowo, podtrzymywała nie na duchu, że to może jednak nie nowotwór, a jedynie niezdiagnozowana na czas i niewyleczona kiła i nie ma co (na razie) paniki robić.
Tak czy siak – dobrze, że była!

Żeby nie przedłużać – wchodzę…

– Dzień dobry – szarżuję mocno.

Starszy typ popatrzył na mnie i jakoś tak porobił głową, jak koń w źle dopasowanym chomącie. Chyba to miała być odpowiedź na mój, niczym nie uzasadniony, optymizm.
Obok stała kobieta, na oko 60-tka, w czymś białym.Sadząc z trendów wiekowych w NFZ i tym obłóczeniu, odgadłem, że pielęgniarka.

– Słucham pana – on do mnie.

Dygresja.
Po 45. latach małżeństwa i dwóch córkach, takie teksty robią, na człowieku piorunujące wrażenie.
Ja pierdolę!
Ktoś mnie słucha!
Koniec dygresji.

Zacząłem opowiadać swoją historię i, wzorem innych emerytów (żeby nie odstawać od tego, do czego był pewnie przyzwyczajony) zacząłem, mniej więcej, od technikum.
Posłuchał chwilę, ale mi przerwał (to chamidło jedne!), kazał iść do sąsiedniego pomieszczenia i położyć się na stole, na brzuchu.
Rozgoryczony tym, że nie zdążyłem się pochwalić świetnymi stopniami na świadectwie, powlokłem się do pokoju obok.

I tu powstały, we mnie, pierwsze wątpliwości.
Stoły były dwa.
No, i masz dziadu placek!
Jeden, taki zwykły, prostokątny z obrusem, szklanką jakiegoś ciemnego płynu, sztucznym kwiatkiem i książką. Solidna, pokomunistyczna konstrukcja.
Drugi, taki dłuższy i wąski.
Jak na mój gust – za wąski.
Tylko patrzeć jak spieprzę się z niego, bo ani schodków jakichś, ani nic do oparcia. Konstrukcja też taka, dość oszczędna i nie budząca zaufania…

Po pewnym namyśle (jednak!) położyłem się na tym wąskim.
Może skok na bungie to nie był, ale emocje też spore.
Leżę…

Wchodzą oboje.
On stanął nade mną i podziwia.
Ja, na wszelki przypadek, jakby miał mnie znieczulać, mówię:- Zanim do pana przyszedłem, wziąłem dwie tabletki Ketonalu-50. (Taki, mocny środek przeciwbólowy).

– O, to świetnie, za chwilę się to panu bardzo przyda – on na to.

Zanim dotarł do mnie sens tej wypowiedzi, on dalej:

– Pani Krysiu, proszę, na to, trochę posikać.

Tu, moje skłębione myśli poszły wielotorowo i na raz.
W panice, człowiek potrafi wiele!

No, żeby pani Krysia miała tak, ze… 20. lat to czemu nie?
Wchodzę w te klimaty…
Ale pamięć obrazu pani Krysi (bo leże na brzuchu i jej nie widzę), niezbyt korzystnie wpłynęła mi na wyobraźnię.
No, kurwa, będzie się działo…

Będę prekursorem nowego trendu: porno-horror urologiczny.

Boże – przelatuje mi nagła myśl.Dobrze, że ten wrzód zrobił mi się z tyłu (!) szyi!

Z drugiej strony…
Z filmów i lektur wojennych, pamiętam, że żołnierze przemywali rany moczem, bo jest aseptyczny. Ale swoim własnym…
No, tak ale sytuacja jest specyficzna. Przecież sam sobie, na szyję nie nasikam. W dodatku – z tyłu.

Z trzeciej strony (myślę w panice) jak już kiepsko musi być w NFZ, skoro już nawet na wodę utlenioną nie ma…

Z czwartej strony – jak ona wlezie na ten stół?

Moje, niewesołe rozważania, przerwała pani Krysia, która siknęła (a jednak!) mi czymś arktycznym i śmierdzącym szpitalem, na szyję.
Jakby mi worek z cementem zdjęli z pleców.
Tyle, że bardziej w związku z panią Krysią, a mniej z tą Arktyką.

Acha – myślę sobie – takie przygotowanie, żeby zastrzyk znieczulający mniej bolał.Nawet humanitarnie. Spodobało mi się.

– Muszę to rozszerzyć – informuje (kogo?) chirurg.

I jak nie jebnie skalpelem…
Na żywca!
Jak jakąś świnię w rzeźni!
Gdzie ten szacunek dla Homo Sapiens, gdzie ta godność umierania???

– Ej, to bolało! – ja, słabym głosem.
– Niech się pan nie pieści – on, z pewnym zniecierpliiwieniem.

W myślach poukładałem mu drzewo genalogiczne.
Nawet nie starajcie się wyobrazić, jakie stworzenia złożyły się (stadnie) na obecny obraz mojego kata. Ze specjalnym wyszczególnieniem doświadczeń jego mamusi.

Jak już trochę powróciłem do żywych (o dziwo – wrzód prawie przestał boleć) doktor Mengele zaanonsował:

– Teraz może, faktycznie, trochę zaboleć, bo muszę to wycisnąć.

Kochani moi!
Mam 66. lat i…
Wbrew oczekiwaniom, zwieracze wytrzymały, co by zadawało kłam różnym plotkom na temat wieku i zwieraczy.

A właśnie, że się nie zesrałem!!!

Pewnie nie byłem w czasie tego wyciskania całkowicie przytomny, bo majaczyło mi się, że on krzyczy:

– Adresy skrzynek kontaktowych, panie Donder, nazwiska!!!

Ale to chyba była, jedynie zmęczona wyobraźnia.
Ale, i tak (na wszelki przypadek) nie puściłem pary z ust!
I jestem, z tego, dumny.

Koniec tortur.
Zszedłem (o dziwo!) z Łoża Madejowego i po końcowych formalnościach, kazali mi już sobie iść.

Jeszcze tylko, od pani Krysi, dostałem lizaka i przykleiła mi, na kurtce, nalepkę „Dzielny pacjent”.

Moja Wierna (…) Małżonka mnie nie poznała.
Postarzałem się o 20. lat, jestem siwiuteńki i lewe oko mi się nie domyka.

O czym, informuję trzęsącymi się, nad klawiaturą, palcami…